Gwarancja na brak gwarancji

Pisanie jest również po to, żeby coś przekazać, nie tylko dla wylania z siebie natłoku myśli. Więc skorzystam z tego przywileju, dzieląc się swoim doświadczeniem. Muszę, koniecznie muszę, a nawet mam obowiązek wrzucić tutaj parę słów niewiele mających związku z książkami, ale…

Mianowicie dziś coś w temacie gwarancji udzielanych na produkty wszelkiej maści w naszych polskich sklepach. Kupuje człowiek buty/ sprzęt RTV/AGD/ITP i ma nadzieję, że będzie służył mu długo i szczęśliwie. Otóż nie moi drodzy. Przyzwyczajeni do długotrwałego działania sprzętu są nasi rodzice i dziadkowie, my wiemy, że scenariusz nie będzie jak z bajki. Nie dość, że nie ma w nim happy endu, to jeszcze możecie się dowiedzieć, że udzielona gwarancja nie ma wcale gwarancji.

Jak to?- zapytacie. Już tłumaczę! Jesienią ubiegłego roku dokonałam zakupu butów w sklepie na D, którego nazwy nie będę wymieniać. Kozaczki te krótkie i zgrabne i niezwykle wygodne nosiłam we wrześniu i październiku. W listopadzie przyszły chłody, więc odłożyłam je do marca na zimowy sen do szafy. Pod koniec kwietnia, na prostej drodze, w mieszkaniu, przy dobrej pogodzie z wielkim trachem i łomotem (ten drugi to już z mojego powodu) pękł w kozaczkach obcas. Dobrze, że tylko lekko wykręciłam kostkę. Buty oczywiście na rocznej gwarancji poszły do zwrotu. I co się okazuje? Że jeśli, drogi kliencie, kupujesz obuwie, masz pamiętać, że nie należy go eksploatować (czyt. chodzić w butach), bo ulegnie zużyciu, a tego gwarancja nie obejmuje. Złamany obcas to nie wina producenta, o nie, nie, nie. Dziękujemy, good bye. Kozaczki wybrały się w ostatnią drogę na śmietnik. Zostałam bez butów i bez sporej kwoty w kieszeni, jakie za nie zapłaciłam z myślą, że posłużą wieki. Bo takie drogie i skórzane!

Druga sytuacja, ubiegły tydzień. Aparat fotograficzny cyfrowy firmy F, której nazwy nie będę wymieniać. Dwa miesiące do końca przeraźliwie długiej, niezwykle obiecującej DWULETNIEJ gwarancji, która jak sama nazwa wskazuje powinna GWARANTOWAĆ, że sprzęt nie ulegnie awarii, a jeśli tak się stanie, producent mi go naprawi (pod warunkiem, że usterka nie jest natury mechanicznej). Guzik! Nie dajcie się zwieść gwarancjom. Otrzymuję ten sam komunikat, że aparat zepsuł się na wskutek eksploatacji. Magiczne słowo na każdą usterkę. To co, ja się pytam, miałam go trzymać na półce, czy schować do szuflady? Ładnie zapakować w etui i chwalić się koleżankom, jaką to ja mam doskonałą cyfrówkę… obrośniętą kurzem.

I żeby nie było, że nie ma ani słowa o książkach na blogu, który został im poświęcony, to jeszcze mała refleksja. Czy Waszym zdaniem na książki też nie powinno być jakiejś uczciwej gwarancji? Bo jeśli podczas pierwszego czytania (nie mając na myśli tego z kościoła) wypadają mi z źle sklejone kartki, a po roku papier się kruszy i żółknie jak egzemplarz z lat 6o-tych, to mam rozumieć, że to wydanie akurat jest jednorazowego użytku?

Czy to nie oczywiste, że kupujemy sprzęty do użytkowania, a nie do patrzenia?

butki

Reklamy

Jedna myśl w temacie “Gwarancja na brak gwarancji

  1. Nieidealnaanna pisze:

    Takie gwarancje potrafią człowiekowi nieźle popsuć humor. Powinnaś z premedytacją pisać nazwy firm, ku przestrodze innych 🙂 Oczywiście przykro mi, że masz takie doświadczenia, ale tak to z chińszczyzną z sieciówek już niestety jest. Na pocieszenie polecam ci bloga Pawła https://bwotr.pl/, który w sposób epicki opisuje swoje zmagania z reklamacjami. Co do książek – nie miałam jeszcze takie przypadku by coś jej się stało, także nie myślała o tym.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s