Zołza – historia prawdziwa

Mija dziesięć lat odkąd w księgarniach ukazała się moja pierwsza książka. Pamiętam, jak dziś. Na Sienkiewicza była taka księgarnia edukacyjna z dużymi oświetlonymi szklanymi witrynami. Wracałam do domu i zobaczyłam ją na wystawie. To się faktycznie dzieje! Stałam, wpatrując się w nią z zapartym tchem. Wydałam książkę.

A za rok matura

Najlepsze scenariusze pisze życie. Dla mnie inspiracją stały się przygotowania do matury, studniówka, przyjaźnie i dni spędzone w bibliotece. Wymyśliłam Zołzę, tak mówiła czasem na mnie babcia w żartach, która przeżywała to, co ja. Swoje refleksje spisywałam na przypadkowych kartkach: paragonach, karteczkach z segregatora, ulotkach, kartkówkach. W autobusie, na przerwie, nocą we własnym pokoju lub w wersjach roboczych w telefonie. To był burzliwy rok, wiele się działo. Raz byłam ryczącą zasmarkaną maturzystką, innym razem królewną na balu maturalnym. Wrażeń nie brakowało. Książka opowiada właśnie o takiej dziewczynie, w progu dorosłości, która musi sprostać wymaganiom domu i szkoły, poradzić sobie z wyzwaniami, być nastolatką, a jednocześnie dorosłą za moment.

Przegrany zakład i błędny tytuł

Podczas imienin opowiedziałam o konkursie na książkę moim przyjaciołom. Chociaż dziś nie utrzymujemy w ogóle kontaktu, to ich zasługa, że zdecydowałam się wziąć w nim udział. A wszystko przez przegrany zakład. Przyjaciel postawił mi warunek: przegrasz, wysyłasz. To on podjął się przepisania przygód Zołzy na komputerze. Nie było łatwo- moje pismo jest prawie tak okropne, jak lekarskie. Ale zrobiliśmy to i książka poszła na konkurs.  Podczas przepisywania on zapytał mnie, jaki ma być tytuł. Odpowiedziała: Chyba „Zołza”. No i przypadkiem tak zostało: „Chyba Zołza”. Był to konkurs na książkę dla młodzieży organizowany przez nieistniejące już dziś wydawnictwo z Warszawy. W dniu, w którym mieli ogłosić wyniki, coś mi mówiło, że zadzwonią. Z bólem brzucha odbierałam telefon. Wydamy pani książkę. Gratulujemy. Chociaż to nie było pierwsze miejsce, ten moment zmienił wszystko.

Efekty ciężkiej pracy

Wygrana to dopiero początek. Czekała mnie praca edytorska. Byłam na pierwszym roku studiów. Zarywałam noce na naukę i poprawianie tekstu. Trafiła mi się wyjątkowo czepliwa redaktorka. W książce nawet trasy autobusów musiały się zgadzać, żeby nie wprowadzić czytelnika w błąd, Nie moja wina, że od napisania do wydania trochę się w mieście zmieniło. Wiele odpuściłam, ale też sporo rzeczy wyprosiłam. Kto myśli, że pisanie książki to relaks, grubo się myli. To ciężka i długotrwała praca. Niemniej – warto.

zołza

Okładka z piekła rodem

Kiedy przysłali mi pachnące drukarnią autorskie egzemplarze książki wszyscy domownicy byli wzruszeni. Tata chyba najbardziej, bo to największy miłośnik literatury. Ja też byłam zachwycona, ale… nie do końca. Nikt bowiem nie konsultował ze mną wyglądu okładki, a ta wyglądała niczym z piekła rodem. Połączenie choinkowej zieleni z czerwienią wdzianka Mikołaja, a na tym nieprzeciętnej „urody” dziewczę w okularach i aparacie na zębach, Nie wiem, jak czytelnicy, ale ja na widok tej okładki omal nie umarłam na zawał.

W blasku emocji

Euforia trwała długo. Byłam szczęśliwa. Razem ze mną radowali się bliscy. Na uroczyste wręczenie nagród pojechałam do Warszawy na Targi Książki. Czy to nie marzenie każdego pisarza? Znaleźć się na Targach Książki jako autor? I to wówczas jeszcze w Pałacu Kultury. Elegancka zasiadłam za stołem wraz z innymi autorami, a obok mnie Emilian Kamiński czytający fragmenty książki z pierwszej nagrody… Wszystko niczym sen, który się spełnił.

Jedni się obrazili, inni przypomnieli

W moim miasteczku szybko rozeszły się wieści i każdy znajomy chciał mieć egzemplarz z autografem. Zaproszono mnie na pierwsze spotkania autorskie: do XI Liceum i Gimnazjum, którego byłam absolwentką. Później gościły mnie także dwa technika i biblioteka miejska. Lubiłam te spotkania, odpowiadanie na pytania, bycie szczerym i zachęcającym do pisania autorem. Ale nie zawsze było tak „różowo”. Byli tacy, którzy za książkę obrazili się na mnie i więcej nie odezwali. Byli również inni, którzy sobie o mnie przypomnieli (a wcześniej jakoś nie mieli ochoty). Dzięki książce odnalazł mnie stary znajomy, z którym jesteśmy teraz zżyci, jak rodzeństwo. Najbardziej śmieszyło mnie, gdy ci, którzy dotąd pogardzali mną i moim pisaniem, raptem odkryli, że to może być coś warte…

Recenzując dziś

Czy jestem zadowolona z wydania „Chyba Zołzy”? I tak, i nie. Z jednej strony było to dla mnie wejście do świata pisarzy, zrealizowane marzenie, chwila powiedzmy czegoś na kształt „sławy”. Dużo ludzi dzięki temu poznałam, dużo doświadczeń zdobyłam. Z drugiej strony trochę wstyd mi za jakość książki. Dziś, jak na nią patrzę, przeszłaby stuprocentową zmianę (tracąc oczywiście swoją tożsamość). Poprawiłabym język, styl, formę. Może w ogóle bym jej nie wydała, żeby wystartować od czegoś lepszego. Kto wie. Czasu nie cofnę, Zołza(ą) zostanie (ę).

 

Dla ciekawych zostawiam link do mojej książki
na Lubimy czytać: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/8914/chyba-zolza

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s